Był taki czas w moim życiu, kiedy myślałam: mój Boże, dlaczego jestem tak smutnym człowiekiem? Kiedy to się stało i dlaczego? Gdzie się podziała radość i wiara młodzieńczych lat?

Najlepsi przyjaciele na zawsze.

Pytałam samą siebie czy dorosłość polega na tym właśnie by stać się zwieszonym, wiecznie obawiającym się o wszystko człowiekiem? Życie wydawało mi się bez sensu. Patrzyłam na siebie i innych, a w sercu narastała mi głęboka niezgoda na to, po co się w ogóle rodzimy. Nikt nie był szczęśliwy. Każdy na coś narzekał, każdy się z czymś zmagał.

Codzienność widziałam jako nieustające pasmo ciężkich obowiązków. Czułam się tak, jakbym dźwigała na plecach ciężki worek ziemniaków i szła z nim przez życie. Tęskniłam do wolności, lekkości i radości młodych lat. Pragnęłam wyrwać się z konwenansów i ograniczeń dorosłego, poważnego życia. To było rok temu.

Dziś jestem o całe lata świetlne od tamtej siebie. Dziś kłaniam się z szacunkiem sobie z tamtego czasu. Kocham i nie oddzielam grubą krechą tego co było. Czuję wdzięczność za tamten dyskomfort. Dzięki niemu jestem dziś tu, gdzie jestem. W doskonałym momencie swojego życia, w pełni akceptacji tego, co jest.

Dobrze jest obudzić się rano z uśmiechem serca. Dobrze jest być otulonym ciepłą kołderką wewnętrznej radości i przekonania, że wszystko jest dokładnie takie, jakie ma być. Dobrze jest czuć miłość świata i miłość do siebie. Dobrze jest nie postrzegać problemów jako ciężaru. Dobrze jest mieć Boga w sercu, w którym pokłada się absolutną ufność. Dobrze jest PRZYJAŹNIĆ SIĘ Z DUSZĄ.

Jestem człowiekiem bezwarunkowo szczęśliwym. Znaczy to, że radość i spełnienie odnalazłam w swoim wnętrzu. Znaczy to także, że zewnętrzne zdarzenia nie mają wpływu na to, co mam w sercu. Nie znaczy, że nie czuję emocji tych mniej wygodnych. Bóg mi je dał, więc są. Nauczyłam się być obserwatorem siebie. Zauważać to, co we mnie i poza mną. Nauczyłam się w tym poruszać. To daje wielką wolność, czyni mnie człowiekiem świadomym. Daje zrozumienie po co i dlaczego to wszystko. Po co i dlaczego życie. Daje dziecięcy zachwyt nad pięknem świata, daje miłość do siebie samego. Od tego wszystko się zaczyna.

Dobrze jest przyjaźnić się z Duszą. Stałyśmy się najlepszymi przyjaciółmi. To ona doprowadziła mnie do miejsca, w którym jestem. Jestem jej wdzięczna i kocham najmocniej. A Dusza kocha mnie. Często daje to odczuć. To jest uczucie jakby przytulał Cię cały świat. Zanim doszłyśmy do tego miejsca, gdzie jesteśmy, wykonałyśmy wielką pracę, pomogłyśmy sobie nawzajem w wielu sprawach i – uwierzcie, nie raz nazwałam ją burakiem, jak mnie wkurzyła, albo nie rozumiałam czego chce. To jeszcze nie koniec wspólnej wielkiej przygody. Życie wciąż płynie, energia jest w ruchu.

Dusza doprowadziła mnie do Boga. Dobrego, kochającego źródła. Dzięki Duszy rozpoznałam siebie jako Jego ukochane dziecko. Zrozumiałam, że jestem integralną częścią wszechstworzenia i jestem doskonała taka, jaka jestem. Cieszę się bardzo kiedy udaje mi się Go rozbawić, lubię kiedy puszcza mi oko, jak Dusza nie patrzy. Bóg stał się dla mnie przyjacielem, Bogiem Codziennym. Jestem Jego ukochanym dzieckiem, w którym On sam spotyka się ze sobą. Ty także nim jesteś.

Dusza powiedziała: spełnią się twoje sny. Mogą. Czemu nie. Widzę, że to się właściwie dzieje. Już jest pięknie. Co będzie dalej? Nie zaglądam, mam ufność i akceptację. Bóg i Dusza wiedzą. 

Dziękuję Duszo.