Umiejscawiałam Boga gdzieś we Wszechświecie. Daleko. On potęga w bliżej nieokreślonym TAM, ja okruch TU. Nie pozwalało to mojej Duszy w pełni cieszyć się Jego obecnością, a mi doświadczać obfitości życia na co dzień.

Dotyk Boga.

Kiedy czujemy się w życiu nieszczęśliwi mamy dwie możliwości: albo damy się nieszczęściu pochłonąć, albo zaczniemy zadawać pytania szukając przyczyny...

Odkąd pamiętam, Boga widziałam zawsze w trzeciej osobie. To był ON. Nieokreślony, wszechmocny BYT siedzący na tronie potężnego, gdzieś tam, daleko we wszechświecie. A ja? Ja byłam TU na malutkiej Ziemi zanurzonej w kosmicznych odmętach Wszechświatów. Od dzieciństwa towarzyszyło mi uczucie kosmicznego obywatelstwa. Nigdy nie wierzyłam w to, że jesteśmy sami w Uniwersum. Myślę, że o tę pewność dbała Dusza.

Więc żyłam Tu, przeświadczona o tym, że Bóg nie pamięta o mnie za często. Ja o nim także nie pamiętałam. Czułam się porzucona, pozostawiona sobie samej. Nie miałam pretensji, jednak dokuczało mi jedno uczucie: brakowało w tym wszystkim SENSU, całości, harmonii. Po co się urodziłam? Po co to wszystko? Życie było nieustającym trudem. Ukojenie znajdowałam w przyrodzie Ziemię uczyniłam swoją religią, przyrodę kościołem i wcale nie kojarzyłam tego z Bogiem. W konsekwentnym porządku cyklów przyrody odnajdywałam podstawę i stałość mojego istnienia. Jednak nie dawało mi to trwałego uczucia sensu. Czegoś wciąż brakowało...

Dziś jest inaczej.

Był taki moment w moim życiu, przełomowy, jak się potem okazało. Pewnego dnia, kiedy zdawało mi się, że dłużej życia nie zniosę, powiedziałam: zrób coś Boże, albo zabierz mnie stąd. Mam dość, jestem ZMĘCZONA. Nie chcę już żyć, nie wiem jak żyć. Jeśli mi nie pomożesz, nie poprowadzisz... Nie wiedziałam dokąd pójść, co zrobić, żeby się lepiej poczuć. A czuć się ze sobą dobrze pragnęłam bardzo.

I stało się. Szybko okazało się, że to był moment, w którym otworzyłam się na Boga w moim życiu. Otworzyłam z serca. Prawdziwie, powiedziałam Mu TAK. Płakałam długo, oddając wszystko co bolało. Ze mną płakała część ziemskiej Duszy i wszystkie świadomości. W jedności poddaliśmy się boskiemu prowadzeniu, ze wszystkim co było kiedykolwiek, co jest i co będzie.

A Bóg uśmiechał się :) Po długiej wędrowce powróciło jego dziecko :)

Niedawno, Dusza przypomniała mi o tym. Powiedzała: Bóg cię wtedy dotknął. Posłał mnie do ciebie. Mnie, która PAMIĘTAM, mnie, która WIE. Zaczęło się dla mnie nowe życie. Do Duszy, która bardzo dawno temu zaczęła wędrówkę przez doświadczenie (nazwałam ją ziemską) przybyła ta cześć, która pamięta. Przybyła boska iskra. Nastąpiło zjednoczenie. Rozpoczął się dla nas nowy czas. Czas połączenia ze Wszystkim Co Jest. Czas zjednoczenia  z wszechżyciem w Bogu, gdyż Bóg tym właśnie jest. Życiem.

Więc Bóg mieszka we mnie. Doświadczamy razem: Ja, Dusza i Bóg. Bóg, Dusza i Ja. Wielka pełnia. Czuję się Jego ukochanym dzieckiem. Jestem w Nim zanurzona. On we mnie spotyka się z samym sobą i jest to dla Niego źródłem wielkiej radości. Bóg stał się dla mnie Bogiem codziennym, radosnym, takim puszczającym oko. Nie wielkim królem Wszechświatów, a przyjacielem. Istnienie stało się zabawą, przygodą.

Jednak nie od razu tak było.

Był taki czas, kiedy Dusza po zjednoczeniu uciekała ode mnie do źródła. Tu było jej trudno. Nie potrafiłam jej dać tego, czego potrzebowała do wzrostu. Uczyłam się, pracowałam nad umysłem i ciałem bolesnym, Dusza otwierała przestrzeń serca. Krok po kroku przybliżałyśmy się do siebie. Pod jej przewodnictwem doświadczałam Boga, zapraszałam go do swojego życia. Siadając z kawą w ogrodzie stawiałam krzesło dla Niego i drugie dla Duszy i jeszcze kilka dla Opiekunów. Siadaliśmy i byliśmy, prowadząc ciche rozmowy serca. Proste rozmowy o życiu. Towarzyszył temu zachwyt i głęboka radość. Tak już zostało. Gdybyście widzieli minę mojego męża, kiedy pewnego dnia zapytał co ja robię właściwie siedząc z kawą w towarzystwie pustych krzeseł. Odpowiedziałam: nic. Siedzimy z Bogiem i gapimy się na ogród... To było ponad rok temu.

Dziś nie stawiam już pustych krzeseł, kubków mleka, ani talerzyków z ciastem. Wciąż się uczę, pracuję nad sobą. Obecność Boga w moim życiu stała się naturalna. Z Duszą zostałyśmy przyjaciółmi. W zjednoczeniu wędrujemy razem przez Wszystko Co Jest. Mówi się, że ludziom świadomym towarzyszy samotność. Chyba tylko w znaczeniu systemowym. Samotność jako brak towarzystwa. Kiedy wejdziesz na drogę Duszy/Boga/ drogę samego siebie, to jest to tak wielka przygoda, że o samotności nie ma mowy. Izolujesz się z potrzeby serca, nie z przymusu. Czujesz wielką radość ze świadomego przebywania ze SOBĄ SAMYM, z Duszą, z Bogiem, z Opiekunami, z Ziemią. Uciekasz trochę przed natarczywością świata. Dzieje się w Tobie cichy cud pełni świadomego istnienia. Tej ciszy nieustannie pragniesz słuchać. Jest Ci to potrzebne jak oddech.

Więc Bóg, to Życie. Nie daleko, gdzieś tam - a tu. Tutaj właśnie. Świat stał się nagle dobry. Sens, moc i piękno życia się odnalazły. Właściwie zawsze były, to mi udało się dotrzeć do tej prostej prawdy: Bóg mnie kocha i chce dla mnie szczęścia. Zmęczenie moje i Duszy zniknęło bezpowrotnie. Wzmacniamy się u Źródła. ;)

Przybliżmy Boga/Życie do swojej codzienności. Pozwólmy, aby spłynęła na nas Jego obfitość. Dusza ponad wszystko pragnie spotkań z Bogiem. Umożliwiajmy jej to.

Dusza mówi: tak długo, jak Twoje oczy zwrócone są ku Bogu nic ci nie grozi. Niczym nie musisz się martwić.

Spoglądaj w kierunku Boskiej Doskonałości. Twój osobisty świat, a przez to cały świat stanie się szczęśliwy. Czyż nie tego szukamy? 

 

Spełnienia wszelkiego.

 

 

Poczytaj także:

Mandala Życia. Przypowieść o Istnieniu.

Doświadczanie Boga.